nagła śmierć sercowa
Moja historia

Ciężki powrót do życia po nagłej śmierci sercowej.

Jeżeli miałabym opisać swoje życie w jednym zdaniu, spośród wielu możliwości, wybrałabym: to się rzadko zdarza… ale się zdarza. Zdanie, które usłyszałam wielokrotnie. Dotyczyło ono nie tylko powikłań, których prawdopodobieństwo wystąpienia było znikome, kilkuprocentowe, ale też tych małych cudów, które mnie spotkały i uratowały mi życie.

Dzisiejszy wpis będzie właśnie o tych małych cudach. O tym, jak wyglądał mój powrót na stronę żywych, po nagłej śmierci sercowej. Wszystko opisane głównie na podstawie opowiadań bliskich. Dlaczego?

Wspominałam już tutaj, że z pierwszych dni po wybudzeniu ze śpiączki, może tygodni(?) pamiętam tylko zamglone skrawki wydarzeń i rozmyte obrazy. Jakby każdy dzień przeżywała inne osoba, a ja posiadam tylko ich urywki pamięci, bez emocji.


Drogi Czytelniku, żeby zachować ciąg wydarzeń, przeczytaj poprzednie wpisy, zanim przejdziesz dalej 🙂

ŚPIĄCZKA, CZYLI FRAGMENT SWOJEGO ŻYCIA, KTÓRY ZNAM TYLKO Z OPOWIEŚCI

REANIMACJA – KTO MA GORZEJ, TY CZY BLISCY?


Pierwsze dni po nagłym zgonie sercowym

Rozładujmy trochę to napięcie, jak już się domyślasz – przeżyłam tą decydującą noc. Uff, żyje!

Żyje?

Fakt, że nie umarłam tej nocy, nie dawał mi wielkich szans na wyjście z tej sytuacji. Nadal leżałam w hipotermii, podłączona do maszyn, które oddychały za mnie, jadły i oddawały mocz. Jedynie źrenice nadal reagowały na światło, co dawało nadzieję, że układ nerwowy jeszcze pracuje, jak należy.

Codzienne postępy

Analizując wydarzenia z dnia poprzedniego, niedzieli 01.02, czas mojego niedotlenienia był wielką niewiadomą. Przejechałam na podłodze kilka przystanków nieprzytomna, zanim kierowca autobusu zatrzymał się i pomógł mnie wynieść na przystanek. Tam leżałam nieprzytomna, dopóki nie przyjechała karetka. Dopiero ratownicy podjęli reanimację. Każdy zadawał sobie pytanie, czy minęły te cztery minuty?

Podczas pobytu na OIT Kardiochirurgii, gdy odwiedziny były ograniczone czasowo, zajmowały się mną pielęgniarki. Gdy leżałam w śpiączce, plotły mi warkocze i również do mnie mówiły.

Lekarze mówili, że skoro nie umarłam tej nocy, to pozostanę w śpiączce. Tłumaczyli rodzicom, żeby się nie nastawiali na nic więcej. Rodzice z kolei cieszyli się, że PRZEŻYŁAM tę noc i nawet, jeśli zostanę warzywkiem, dla nich to była i tak dobra wiadomość.

Nie minęło jeszcze dwanaście godzin, kiedy mój organizm zaczął walczyć, podnosząc temperaturę ciała. Na tę reakcję organizmu lekarze wprowadzili mnie w jeszcze głębszy stan hipotermii, obniżając temperaturę.

Kolejnego dnia zaczęłam oddychać w 40%.

Następnego dnia oddychałam już sama. Jedna rurka mniej w moim ciele. I każdy taki moment, choć może wydawać się banalny, był ogromną radością dla moich bliskich. I chociaż lekarze wciąż powtarzali, żeby się na nic nie nastawiać, bo nie wiadomo w jakim stanie jest mój mózg, ciężko było się nie cieszyć. W końcu WSZYSTKO jest lepsze od śmierci. Każdy mały oddech, ruch gałkami, był milowym krokiem w moim życiu.

Miałam pozostać w stanie wegetatywnym, czyli w stanie czuwania, ale bez zachowania świadomej uwagi.

Co z moim mózgiem?

Pomimo prawidłowego badania EEG (badanie bioelektrycznej czynności mózgu za pomocą elektroencefalografu), to w jakim ostatecznie będę stanie, było nie do określenia. Trzeba było czekać na efekty, które mogły się nigdy nie pojawić.

Powrót do rzeczywistości odbywa się stopniowo. I na różnym etapie się kończy.

Mogłam pozostać w stanie wegetatywnym, mogłam odzyskać przytomność i do końca życia patrzeć się pustymi oczami przed siebie, mogłam rozumieć co inni do mnie mówili, ale nigdy się nie odezwać, nie dać po sobie poznać, że rozumiem, co do mnie mówią.

I przyszedł moment, w którym zaczęłam otwierać oczy. Znów fala radości. Taka walka i taki postęp w zaledwie kilka dni! Nawet jeśli zostanie warzywkiem, jest przynajmniej przytomna. Kolejny krok w stronę lepszego.

Zaczęłam otwierać oczy i coś mamrotać, niewyraźnie szeptać…”widzę bąbelki”.

No proszę, zaczyna szeptać! – Wszyscy się cieszą. Ale ja tylko jedno i to samo, w kółko jak zacięta płyta: „widzę bąbelki” i „WIDZĘ BĄBELKI”. Cóż, to może być przejaw niedotlenienia. Jednak, tak jak mówili lekarze, mój mózg mógł być niedotleniony, a ja gadam od rzeczy.

Ale rodzice nie poddawali się i próbowali rozszyfrować ten tajemniczy przekaz. I brawo dla nich. W końcu tata wpadł na to, że chodzi o soczewki! (Jeżeli nosisz soczewki dzienne i kiedykolwiek zdarzyło Ci się w nich zasnąć, możesz sobie wyobrazić tego kilkudniowy efekt.) Soczewki na oczach w ciągu dnia są nawilżone, mięciutkie i przystosowane kształtem do gałki ocznej. Ja nosiłam dzienne, które trzeba było zdejmować na noc. Jeżeli się ich nie zdejmie i pójdzie w nich spać, przez noc zasychają na oku, sprawiając dyskomfort, uczucie suchości oka. Moje soczewki po kilku dniach na oczach były wyschnięte na wiór i pomarszczone, dlatego widziałam bąbelki. Zagadka rozwiązana. Czyli była szansa, że myślałam logicznie.

Powikłania po reanimacji

Kolejnym zagrożeniem czyhającym na moje pozytywne rokowania było zachłystowe zapalenie płuc.

„Należy ono do grupy chemicznych zapaleń płuc i rozwija się jako następstwo aspiracji treści żołądkowej do drzewa oskrzelowego. W przebiegu zachłyśnięcia może dojść także do rozwoju zapalenia płuc, wywołanego przez bakterie tlenowe i beztlenowe.”1

Przedostanie się podczas reanimacji treści pokarmowej do dróg oddechowych, w tym płuc, które z natury są jałowe (bez bakterii). prowadzi do chemicznego zapalenia płuc.

Głównymi powikłaniami tego zapalenia są:

  • nadkażenie bakteryjne
  • ropień płuca
  • obrzęk płuc
  • ostrą niewydolność oddechową, która stanowi bezpośredni stan zagrożenia życia pacjenta

Ponadto ryzyko zapalenia płuc wzrasta po nagłym zatrzymaniu krążenia, ze względu na utratę ochrony dróg oddechowych i stłuczenie płuc, dostęp naczyniowy i oddechowy (wszystkie rurki, które podtrzymywały mnie przy życiu) i wentylację mechaniczna. 2

Co więcej, hipotermia terapeutyczna odgrywała tutaj podwójną rolę – obniżona temperatura ciała sprzyjała infekcjom, upośledzając mechanizmy obronne gospodarza, czyli mnie. W tym przypadku nie spisałam się wzorowo jako gospodarz, wręcz przeciwnie, dostając antybiotyki prawdopodobnie zwalczyłam zapalenie w zarodku. Oczywiście przez pierwsze dni nikt nie mógł ocenić, czy dojdzie do tego zapalenia, ale koniec końców go nie miałam.

Niedowład prawej ręki

Po wybudzeniu lekarze stwierdzili u mnie osłabienie mięśniowe prawej ręki. To również mogło sugerować, że jednak wystąpiło niedotlenienie mózgu, które będzie dawać o sobie znać. Jak się domyślacie niedowład po kilku dniach cofnął się samoistnie.

Największym powikłaniem, które mnie dotknęło i nad którym musiałam pracować, był problem z pamięcią krótkotrwałą, ale o tym już w następnym wpisie.

Przeczytaj też: Przeżyłam śmierć kliniczną – moja historia

1 583 views
close

Pozostańmy w kontakcie

Zapisz się do newslettera, aby otrzymywać ode mnie informacje o nowych wpisach 🙂

Nie bój się spamu! Maile będą dotyczyć tylko informacji o blogu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *